Wakacyjne piątki z dawną prasą (2)

Opowieści z Chotczy — o trzeźwych gospodarzach, zawstydzonym „czarowniku”, biedzie i dziewczynce znad Wisły, która uczyła kochać Polskę

Po opowieści o Boiskach przyszedł czas na Chotczę. Spójrzmy razem na jej mieszkańców i ich niełatwe życie.

Dawna prasa pokazuje Chotczę jako wspólnotę doświadczaną przez biedę, powodzie i codzienny trud, ale też jako miejsce, gdzie potrafiono powiedzieć „nie” gorzałce, wyśmiać zabobon i docenić oświatę. W tej opowieści będą więc gospodarze, którzy nie chcieli szynku, człowiek walczący z „czarownikiem”, głód po powodzi i Helena Bukowiecka — dziewczynka urodzona w Chotczy nad Wisłą, która później została pisarką i działaczką oświatową.

„Nie chcemy szynku!”

Zacznijmy od sceny, która mogłaby wydarzyć się niemal jak w krótkiej wiejskiej przypowieści.

Jest rok 1899. W prasie pojawia się wiadomość z Chotczy-Dolnej. Od czasu wprowadzenia monopolu nie było tam sprzedaży trunków. Mieszkańcy zobaczyli, że bez alkoholu we wsi żyje się spokojniej. Gdy więc władze akcyzowe chciały otworzyć rządowy sklep z wódką, włościanie nie zgodzili się.

„Gazeta Radomska” pisała o tym z wyraźnym uznaniem:

„We wsi Chotcza-Dolna, od chwili wprowadzenia monopolu nie było sprzedaży trunków, co tak dodatnio wpływało na mieszkańców wioski, iż gdy w r. b. władze akcyzne zamierzyły otworzyć w tej wsi, jako będącej na trakcie, rządowy sklep do sprzedaży wódki, włościanie nie zgodzili się na to…”

Najmocniejsze jest jednak uzasadnienie. Chotczanie mieli mówić:

„przez rok ubiegły nie mieliśmy szynku, to i spokój był we wsi, i mniej procesów, a i w skrzynce coś przybyło; nie chcemy szynku!”

To zdanie brzmi bardzo współcześnie. Mówi o odpowiedzialności, gospodarności i wspólnej decyzji. Mieszkańcy nie rozważali sprawy teoretycznie. Sprawdzili ją w życiu. Skoro bez gorzałki było mniej awantur, mniej spraw sądowych i więcej pieniędzy w gospodarstwach, odpowiedź była prosta: nie chcemy.

Dla dawnej prasy Chotcza-Dolna stała się przykładem wsi „rozumnej”. Nie dlatego, że była bogata. Nie dlatego, że nie miała problemów. Właśnie dlatego, że miała problemy i potrafiła zobaczyć, co się do nich przyczynia.

Czarownik, który miał odbierać mleko

Ale Chotcza to nie tylko trzeźwi gospodarze. To także opowieść o walce z przesądem.

W 1911 roku „Gazeta Świąteczna” zamieściła korespondencję zatytułowaną „Zawstydzony »czarownik«”. Tekst zaczyna się jak ludowa opowieść, ale kończy jak lekcja zdrowego rozsądku.

Autor pisał:

„W naszej okolicy niebrak ciemnych ludzi, którzy wierzą jeszcze w czarowników i czarownice i w zadawane przez nich »uroki«. Jeden taki »czarownik«, którego ciemni ludziska naprawdę się boją, mieszka we wsi Chotczy.”

Ów człowiek miał rzekomo „odbierać” krowom mleko, innym je „nadawać”, mleko „psuć” i straszyć ludzi swoją tajemniczą mocą.

Dziś może nas to śmieszyć, ale dla ludzi żyjących na wsi ponad sto lat temu krowa była często podstawą utrzymania. Mleko oznaczało jedzenie dla dzieci, masło, ser, możliwość sprzedaży czegoś na targu. Jeśli komuś mleko znikało albo kwaśniało, łatwo było szukać winnego nie w chorobie, żywieniu czy zwykłym przypadku, lecz w „urokach”.

I właśnie wtedy pojawia się bohater tej krótkiej historii — Szczepan G. Kiedy zmarł ojciec jego żony, do domu przyszedł ów „czarownik” i poprosił wdowę, by pozwoliła mu wziąć garstkę „barłogu” spod zmarłego. Ludzie bali się sprzeciwić. Mówili:

„Niechaj, niechaj! on tam wie na co, kiedy bierze! Nie można mu się sprzeciwiać, żeby czego złego nie zrobił.”

Szczepan G. zrobił jednak coś bardzo prostego. Nie zaczął krzyczeć, nie urządził bójki, nie szukał innego „czarownika”. Powiedział, że barłogu nie da, a jeśli tamten ma prawdziwą moc, niech „odbierze” mleko jego krowie. Dodał nawet, że jeśli mu się to uda, dostanie w nagrodę samą krowę.

Po pół roku zemsty nie było.

„Jakoś moja krowa nie poddaje się waszym czarom” — przypominał mu potem przy ludziach.

To jeden z najbarwniejszych fragmentów o Chotczy. Jest w nim humor, odwaga i oświatowe przesłanie. Dawna prasa chciała takim tekstem pokazać, że zabobon żyje tak długo, jak długo ludzie się go boją. Gdy ktoś przestaje się bać, „czary” słabną.

Bieda, która nie była legendą

W tekstach o Chotczy trzeba jednak bardzo uważać, by nie zamienić wszystkiego w pogodną anegdotę. Bo obok historii o gorzałce i czarowniku pojawia się w prasie temat dużo cięższy: bieda. Często wywoływały ją powodzie.

Powódź nie kończy się wtedy, gdy woda opada. Po niej zostają mokre ściany, zniszczone pola, padłe zwierzęta, brak paszy i brak ziarna. Dlatego wątek głodu jest w tej opowieści bardzo ważny. W gazetach odnajdujemy wiele obrazów powodzi w okolicach Chotczy. Jest ona ukazana jako dramat ludzi, którzy po „wielkiej wodzie” zostają z pustymi rękami.

Najmocniej widać to w reportażu z 1934 roku, opublikowanym w „Dzienniku Bydgoskim”. Autor dotarł w okolice Chotczy po wielkiej powodzi. Jechał przez Ciepielów, Tymienicę i Niemieryczów. Drogi były zalane, niebo ołowiane, a na polach chotczańskich gniły zboża. Wreszcie zapisał zdanie, które mogłoby być tytułem całej tej gawędy:

„Wjeżdżamy w dolinę Wisły. Przed nami rozpościera się istne morze. Jak okiem sięgnąć woda, woda i woda.”

Ten obraz jest przejmujący, bo nie mówi o rzece płynącej swoim korytem. Mówi o rzece, która wyszła z granic i zajęła wszystko. Pola stały się morzem. Drogi przestały być drogami. Domy, urzędy i gospodarstwa znalazły się pośrodku żywiołu.

Na posterunku w Chotczy reporter zobaczył suszące się na płocie książki i dokumenty gminne. Woda zalała budynek do wysokości 80 centymetrów. Nie zdążono nawet zabrać akt.

Ten szczegół — dokumenty suszące się na płocie — jest niemal symboliczny. Jakby cała gmina, cały jej porządek, pieczęcie, księgi i sprawy urzędowe nagle zostały wystawione na deszcz i wiatr.

„Jedno potężne jezioro”

Pierwsze wiadomości z posterunku były przerażające:

„Chotcza Nowa, Chotcza Dolna, Chotcza Józefów zalane, Lucimia, Borowiec pod wodą (…) W Gniazdkowie brak nietylko żywności, ale i paszy dla bydła. Dziesiątki kilometrów kwadratowych uprawnych pól zamieniło się w jedno potężne jezioro.”

Trudno czytać ten fragment obojętnie. Zalane są nie pojedyncze zagony, lecz całe miejscowości. Brakuje nie tylko żywności dla ludzi, ale i paszy dla bydła. A przecież bydło było wtedy majątkiem, narzędziem pracy, źródłem mleka, podstawą gospodarstwa.

Reporter uparł się, by dotrzeć do Chotczy Górnej. Zdobyto wywrotną łódkę i popłynięto przez zalane pola:

„Brniemy po zagonach, płyniemy nad żytem. Teren staje się coraz niższy. Wkrótce płyniemy na wysokości wierzb. Przez rozerwany wał wali woda z szumem.”

To już nie jest zwykły opis powodzi. To obraz świata odwróconego. Tam, gdzie powinien iść człowiek, płynie łódka. Tam, gdzie powinno falować żyto, stoi woda. Tam, gdzie powinien być wał, jest wyrwa, przez którą Wisła wdziera się dalej.

Woda niesie ze sobą nie tylko muł. Niesie zapach gnijących konopi, kartofli, padliny i ryb. Wśród pól pływają martwe zające, polne myszy, kuropatwy zaskoczone przez żywioł.

To bardzo mocny fragment, ale potrzebny. Pokazuje, że powódź to nie tylko „wysoki stan wody”. To rozkład, choroba, smród, strach i bezradność.

Krzyż wśród wody

W tej samej relacji pojawia się scena niemal symboliczna. Łódka dopływa do niewielkiego wzgórza, na którym stoi wysoki krzyż.

„Stoi samotny wśród zalanych pól. W miejsce łanów szumi mu teraz mętna, szara, niszczycielska woda.”

Ten krzyż można zapamiętać jako obraz całej wodnej Chotczy. Samotny znak pośród wody. Wokół nie zboże, nie łąki, nie drogi, lecz mętna szarość. W takiej scenie regionalna historia zbliża się do legendy, choć wszystko pochodzi z reporterskiego zapisu.

Na plebanii było pusto. Proboszcz, ks. Ludwik Barski, wyjechał do Sandomierza po pomoc dla parafian. Wśród mieszkańców panowała apatia. Według reportera Chotczanie od 50 lat nie pamiętali takiej klęski.

Dalej przychodzą już zdania najtragiczniejsze. Były wójt Franciszek Mazur miał utonąć, zahaczywszy łodzią o wierzbę ukrytą pod wodą. Wyłowiono też ciało matki z dzieckiem.

W takim miejscu gawęda musi przycichnąć. Bo tu dawna gazeta przestaje być tylko źródłem ciekawostek. Staje się świadectwem ludzkiego nieszczęścia.

Dwie skiby chleba

Jest w tym reportażu jeszcze jeden fragment, bardzo ludzki. Autor wyjmuje z walizy dwa pieczone kurczęta i nagle czuje wstyd. Pisze, że wiele by dał, aby te kurczęta zamieniły się w dwie duże skiby chleba. Potem dodaje:

„Są ludzie, którzy jedzą jeszcze drób w chwili, gdy inni konają z głodu.”

To zdanie mocno działa na wyobraźnię. Budzi sumienie. Człowiek z zewnątrz przywozi jedzenie, ale widząc głód powodzian, rozumie, że nawet jego zapasy stają się czymś niewłaściwym.

Później reporter wrócił na posterunek w Chotczy i spotkał tam pełniącego obowiązki starostę powiatu iłżeckiego oraz lekarza powiatowego. Obiecał zwrócić się do czytelników „Dziennika Bydgoskiego” o pomoc. W gazecie podano adresy, na które można było przesyłać dary, żywność i pieniądze: do proboszcza w Chotczy Nowej, do wójta gminy oraz na konto komitetu powiatowego z dopiskiem dla Chotczy.

Z Chotczy nad Wisłą do książek dla ludu

I teraz pojawia się postać, która pięknie łączy kilka tematów naraz: Chotczę, Wisłę, biedę, oświatę i pracę społeczną.

To Helena ze Słanków Bukowiecka.

W książce „Opis ziem dawnej Polski”, wydanej w Warszawie w 1912 roku, zamieszczono jej biogram. Czytamy tam, że Helena Bukowiecka urodziła się 18 sierpnia 1866 roku we wsi rodzinnej Chotczy nad Wisłą, w powiecie iłżeckim. Była córką Juliusza Słanki i Wandy z Rutkowskich.

Jej dzieciństwo zaczęło się dramatycznie. Mając cztery lata, straciła ojca, który:

„utonął w czasie zalewu Chotczy przez Wisłę”

Kilka lat później zmarła jej matka. Helena została sierotą. Wychowywała się u krewnych Rutkowskich w Kroczowie, a wykształcenie odebrała w Warszawie, na pensji pani Krzywobłockiej.

W tej biografii powraca więc Wisła — ta sama, która zalewała pola i domy. Dla Heleny nie była tylko rzeką z krajobrazu dzieciństwa. Była żywiołem, który zabrał jej ojca.

A jednak z tej historii nie wyrasta tylko smutek. Po ukończeniu nauki Helena poświęciła swoje siły „oświacie ludu w duchu narodowym”.

To bardzo ważne zdanie. Oświata ludu oznaczała wtedy coś więcej niż zwykłe uczenie czytania. Chodziło o budzenie świadomości, o książkę, historię, język, pamięć i poczucie, że wieś także należy do narodu i ma prawo do wiedzy.

Pisarka dla tych, którzy mieli czytać proste historie

Helena Bukowiecka pisała dla ludzi, którzy nie mieli dostępu do wielkich bibliotek i nie sięgali po trudne książki. Biogram wymienia jej popularne prace i przeróbki literackie: „Święty Piotr w Rzymie”, przeróbkę z „Quo vadis” Sienkiewicza, „Dzielnego żołnierza”, przeróbkę z „Pana Wołodyjowskiego” oraz „Bóg się rodzi” z powieści „Ben Hur”. Napisała też popularne życie Jezusa Chrystusa.

Po ślubie ze Stanisławem Bukowieckim przeniosła się do Warszawy, gdzie dalej prowadziła pracę oświatową i pisarską. Zajmowała się szkołą elementarną, tak zwaną szkołą Powiśla, należała do zarządu Koła Macierzy Polskiej na Powiślu, wydała publikację „Księstwo Warszawskie” i opracowała opowiadania geograficzne, które złożyły się na „Opis ziem dawnej Polski”.

W tej książce pojawia się piękna myśl, bardzo bliska misji biblioteki i regionalnego cyklu. Autorka przypomina, że „domem” nie są tylko cztery ściany własnej chaty, ale cała ziemia ojczysta, którą trzeba znać.

Można powiedzieć, że dziewczynka z Chotczy, osierocona przez wiślaną powódź, po latach uczyła innych patrzeć szerzej: od własnego domu ku Polsce, od rodzinnej wsi ku ziemiom dawnej Rzeczypospolitej, od prostego czytania ku świadomej pamięci.

Społeczna Chotcza w kilku obrazach

Kiedy zestawimy te wszystkie źródła, zobaczymy Chotczę bardzo ludzką.

Najpierw gospodarzy z Chotczy-Dolnej, którzy po roku bez szynku wiedzieli już, że spokój we wsi jest więcej wart niż rządowy sklep z wódką. Potem Szczepana G., który nie dał się zastraszyć „czarownikowi” i przy ludziach pokazał, że krowa nie słucha uroków. Później biednych mieszkańców, którym powódź zabrała plony, paszę i chleb. Wreszcie Helenę Bukowiecką, urodzoną nad Wisłą, która własne życie związała z książką, nauczaniem i pracą dla innych.

To nie są przypadkowe obrazki. One układają się w opowieść o wspólnocie.

Chotcza, ukazana w dawnych gazetach, jest miejscem, gdzie ludzie uczą się na własnych doświadczeniach. Widzą, że alkohol przynosi awantury i biedę — więc mówią „nie”. Widzą, że strach przed „czarownikiem” odbiera rozum — więc ktoś odważa się zażartować z jego mocy. Widzą, że głód po powodzi jest nieszczęściem większym niż pojedyncze gospodarstwo — więc gazety wzywają do pomocy. Widzą też, że oświata może być ratunkiem nie mniej ważnym niż chleb.

Bo chleb pozwala przeżyć dzień.

A wiedza pozwala inaczej zobaczyć całe życie.

Dlatego opowieść o Chotczy i jej mieszkańcach jest bardzo potrzebnym rozdziałem naszego cyklu. Ukazuje trzeźwych i świadomych gospodarzy, odważnego korespondenta, głodnych powodzian i pisarkę, która z rodzinnej nadwiślańskiej wsi wyniosła pamięć miejsca, a później zamieniła ją w pracę dla oświaty.

W dawnych gazetach Chotcza nie jest tylko nazwą. Jest wspólnotą ludzi, którzy często musieli zmagać się z żywiołem, ale potrafili podnieść się po powodziowych klęskach.


Źródła i przypisy

  1. „Gazeta Radomska”, 1899, nr 14 — korespondencja z Lipska o Chotczy-Dolnej i sprzeciwie mieszkańców wobec otwarcia rządowego sklepu z wódką.
  2. „Zorza. Pismo niedzielne poświęcone dla ludu miejskiego”, wzmianka „Nieprzyjaciele wódki” — notatka o mieszkańcach Chotczy-Dolnej, którzy nie chcieli powrotu szynku.
  3. „Gazeta Świąteczna”, 1911, nr 1603 — korespondencja „Zawstydzony »czarownik«” ze wsi Chotczy pod Iłżą, o wierze w uroki i publicznym ośmieszeniu rzekomego czarownika.
  4. „Kurjer Polski”, 1904 — list z Chotczy o nędzy i głodzie po powodzi.
  5. „Dziennik Bydgoski”, 1934 — reportaż z terenów powodziowych w gminie Chotcza i apel o pomoc dla powodzian.
  6. Helena Bukowiecka, „Opis ziem dawnej Polski”, Warszawa 1912 — biogram autorki: urodzenie w Chotczy nad Wisłą, śmierć ojca podczas zalewu Chotczy, praca oświatowa i pisarska.
  7. Helena Bukowiecka, „Opis ziem dawnej Polski”, Warszawa 1912 — wstępna myśl o obowiązku poznania ziemi rodzinnej i ojczystej.
error: Content is protected !!
Polityka cookies i prywatności

Strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celu niezbędnym do prawidłowego działania serwisu, dostosowania strony do indywidualnych preferencji użytkownika oraz statystyk. Wyłączenie zapisywania plików cookies jest możliwe w ustawieniach każdej przeglądarki internetowej, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie informacji w plikach cookies należy opuścić stronę.

Zaznacz cookies, które akceptujesz:
Powrót